Tego filmu nie chce pokazać żadna telewizja. Ślady zbrodni wołyńskiej, które odbierają mowę…

wolyn-jpg1Tego filmu nie chce pokazać żadna telewizja. Ślady zbrodni wołyńskiej, które odbierają mowę.

„Po powrocie do kraju przez trzy tygodnie nie mogłem dojść do siebie”

Robert   Kmieć zajmuje się poszukiwaniem skarbów od kilkunastu lat. Wyciąga z jezior czołgi, samoloty i wozy opancerzone. Dla niego ta praca jest odkrywaniem historii, często makabrycznej, brutalnej i niewygodnej politycznie.

Tak jest w przypadku rzezi wołyńskiej, podczas której tysiące naszych rodaków straciło życie. —  W rozmowie z Menstream.pl opowiada, jak trudno dotrzeć z prawdą do społeczeństwa.

robert-kmiec-podczas-pracy-jpg2Robert Kmieć podczas pracy

MENSTREAM.PL:   –  Jak to możliwe, że Ukraina pozwoliła zbliżyć się polskim badaczom do miejsca zbrodni?   — To przecież niewygodne fakty.

ROBERT KMIEĆ: – Dostaliśmy od władz Ukrainy zezwolenie na kilka dni pobytu w okręgu wołyńskim.  

— Pojechał z nami również Adam Sikorski, znany z telewizyjnego programu Było, nie minęło.   — To on dokumentował całą ekspedycję.   — Były dwa wyjazdy, w ubiegłym roku i wcześniej, dwa lata temu.

Można powiedzieć, że nasze poszukiwania były trochę półlegalne.

—  […] nie mogliśmy przecież powiedzieć wprost Ukraińcom, po co tak naprawdę jedziemy na Wołyń.

Akurat zdarzyło się, że prezydent Bronisław Komorowski miał spotkać się z prezydentem Ukrainy na otwarciu polskiego, powojennego cmentarza. To było niedaleko miejsca, które chcieliśmy sprawdzić.  

Tłumaczyliśmy więc,   że   jesteśmy   na  miejscu   w związku z tym wydarzeniem. To była nasza przykrywka.

I nikt nie obserwował, co tam robicie? Trochę trudno w to uwierzyć.

ROBERT KMIEĆ:  – Oczywiście byliśmy sprawdzani.   — Funkcjonariusze KGB co rusz przyjeżdżali, przyglądali się, wypytywali i patrzyli na ręce.

Zdarzało się, że chcieli utrudnić nam poszukiwania podrzucając gdzieś niewybuch.

 To, co zobaczyłem na Ukrainie, ma się nijak do tego, co oglądałem wcześniej, w kilkunastoletniej karierze poszukiwacza.

Nieraz miałem do czynienia z grobami żołnierskimi, z których wyciągaliśmy czaszki i kości.   — Widziałem już po pięćdziesiąt osób pochowanych zbiorowo.

—  Stojąc jednak nad mogiłami w Wołyniu, coś ścisnęło mi serce.

Jeszcze po powrocie do kraju, przez trzy tygodnie nie mogłem dojść do siebie.

Do dzisiaj trudno dobierać słowa, gdy o tym opowiadam.

– Co tak Panem wstrząsnęło?

ROBERT KMIEĆ: – To może zrozumieć tylko osoba, która stoi nad grobem, w którym spoczywa nie jedna osoba, lecz dziesiątki dzieci powrzucanych jedno na drugie.

Bo większość zwłok w odnalezionych przez nas mogiłach, to były właśnie dzieci, w różnym wieku.   —  Znajdowaliśmy szczątki dwulatków, czterolatków, dziesięciolatków.

wolyn1-jpg3___________________________________________________________

– Żołnierze   Ukraińskiej   Powstańczej   Armii   nie   oszczędzali   przecież nikogo.   — Mordowano całe rodziny, bez wyjątku.

ROBERT KMIEĆ: Tylko w jaki sposób.  

—  W niektórych czaszkach małych dzieci były dziury wielkości pięści, zapewne od uderzenia młotkiem lub siekierą.   — Przecież to jest niewyobrażalne, żeby tak postępować z drugim człowiekiem.

Pytaliśmy też Ukraińców, którzy zainteresowani podchodzili do nas, czy pamiętają tamte lata.   — Niektórzy zgodzili się mówić.

[…] Akurat prowadziliśmy prace przy ukraińskiej wsi Ostrówki. — Lasy i pola obok tej miejscowości do dzisiaj noszą miano trupiego pola, pobliscy mieszkańcy bez problemu potrafią je wskazać.

To tam Ukraińcy wymordowali setki Polaków, pozostawiając ciała bez pochówku.   —  W   lasach   walały się trupy, które stały się później pożywką dla kruków.

Dopiero   po   dwóch   tygodniach   armia   rosyjska,   która zajęła tamte ziemie, — nakazała   pobliskim mieszkańcom wykopać mogiły i zrzucić do nich zwłoki.

— Odór rozkładających się ciał było ponoć czuć w promieniu kilku kilometrów, a zwłoki kobiet, dzieci i mężczyzn były już tak rozłożone, że trzeba było ściągać je do mogił bosakami i widłami, bo już się rozczłonkowywały, odpadały ręce, nogi i głowy. I my te mogiły właśnie odkryliśmy.

[…] No i byli jeszcze wspomniani funkcjonariusze z KGB, którzy nas nachodzili.  

— Pamiętam, jak mundurowi przyjechali i rzucili wszystkich na maskę samochodu.   — Rewizja, pytania, oglądanie sprzętu.   — Było ich kilku.

Dowódca przez dłuższy czas wydzwaniał do swoich zwierzchników z pytaniem, co z nami zrobić.   — W końcu odpuścili, bo nie znaleźli podstaw do zatrzymania. — Mieliśmy szczęście.

Innym razem prawie się zdemaskowaliśmy. — Mundurowi byli o krok, by zobaczyć ogrom naszych odkryć.

Gdy  już zorientowaliśmy się, z czym mamy do czynienia, — trzeba było wszystkie szczątki opisać, skatalogować i policzyć.

— Pomagali w tym archeolog oraz antropolog, których mieliśmy w naszej ekipie.

Wszystko układali skrzętnie na workach, rozłożonych na ziemi obok grobowca.

— Robiliśmy dokumentację, fotografie, by nikt nie zarzucił nam bezczeszczenia ciał.

Nagle usłyszeliśmy dźwięk silnika.   — To były dwa samochody KGB.

Na szczęście droga przez pola była trudna, więc trochę zajęło im dotarcie na nasze stanowisko badawcze.   — Mieliśmy więc czas, by zareagować.

Cztery osoby szybko wykopały nowy dół, do którego poskładaliśmy wydobyte już z mogiły szczątki i ponownie przysypaliśmy je ziemią.   — Na to poszła beczka, na niej porozkładaliśmy jedzenie, dla niepoznaki.

Jak   Ukraińcy   dotarli   na miejsce   i   zajrzeli   do   mogiły,   było   w niej chyba sześć ciał.

— Tylko tyle znaleźliście?   — zapytali.   — Pokręcili się trochę po obozowisku i odjechali.

wolyn2-jpg4____________________________________________________________

– Co się później stało z tymi wszystkimi szczątkami?   — Nadal są zakopane na trupim polu?

ROBERT KMIEĆ: – Nie mogliśmy tak tego zostawić.   — Wszystkie odnalezione przez nas zwłoki zostały przeniesione na polski cmentarz, gdzie została odprawiona Msza przez polskiego księdza.

– Na tym samym cmentarzu, na którym mieli spotkać się prezydenci?

ROBERT KMIEĆ: – Tak. Z jakiś powodów, których nie znam,   — do spotkania głów obu państw jednak nie doszło.

Były jednak osoby z Polski, rodziny pochowanych tutaj w czasie wojny rodaków.  

Przyjechali również przedstawiciele duchowieństwa ukraińskiego.

— Pamiętam, że jak zaczęła się część Mszy, podczas której chowano wszystkie znalezione przez nas szczątki,   — opuścili oni cmentarz i stali za płotem.

Wszyscy byli w szoku, nie rozumieli takiego zachowania.

– Jak Pan je interpretuje?

ROBERT KMIEĆ: – Jestem prostym człowiekiem, nie wiem, co o tym sądzić. Najważniejsze było dla mnie wtedy upamiętnienie pamięci zamordowanych.

– Na trupim polu też stanął jakiś znak, przypominający o tej zbrodni?

ROBERT KMIEĆ: – Ukraińcy pozwolili nam wyciąć dwa drzewa. — Zbiliśmy z nich krzyż, który tam stanął.   — Tylko w ten sposób, oraz krótką modlitwą, mogliśmy oddać hołd wymordowanym rodzinom.

Co stanie się z zebranym przez badaczy materiałem?   — Przecież robiliście zdjęcia, kręciliście materiał filmowy.

ROBERT KMIEĆ: To nie zginie.   — Adam Sikorski robi na jego podstawie film dokumentalno-fabularyzowany.

Mogę już zdradzić, że obraz będzie miał premierę we wrześniu tego roku, będą   pokazy w Warszawie.   — Po premierze można spodziewać się niemałego zamieszania.

Tylko ten film przedstawi prawdę historyczną,   — pokażemy doły śmierci, które zastaliśmy w Ukrainie.

— Będą inscenizacje mordu,  —  żadnego przekłamania.

Moim zdaniem to bardzo wstrząsający materiał. — Proszę sobie wyobrazić, że żadna stacja telewizyjna nie jest zainteresowana wyemitowaniem dokumentu,   —  ponieważ  jest zbyt drastyczny, zbyt bije w interesy ukraińsko-polskie.

Na szczęście znalazł się człowiek, który wyłożył pieniądze na realizację projektu.  

Tyle mogę powiedzieć.

Jeżeli były mordy, to trzeba pokazać, w jaki sposób ich dokonywano.

—   Nie  mówię, byśmy rozpętywali trzecią wojnę światową i szli na Ukraińców.

Jednak dopóki władze tego narodu nie przyznają, że takie zbrodnie miały miejsce i nie potępią tego, co się wydarzyło,   —  nie   ma  mowy o jakimkolwiek pojednaniu.

— Stepan Bandera, który ponosi odpowiedzialność za zorganizowane ludobójstwo polskiej ludności cywilnej na Wołyniu, nadal jest przecież traktowany u nich, jak bohater narodowy.

– Trzy lata temu zostało mu nadane największe odznaczenie państwowe na Ukrainie.   — Później je cofnięto.

ROBERT KMIEĆ: – Co   z   tego,   jeśli  w zamian postawili mu kolejny pomnik?

Ponad osiem szkół na terenie Ukrainy nosi też imię Bandery, — podobnie jak około   dwieście ulic, nie mówiąc o innych instytucjach.

Oni naprawdę uważają go za wielką postać.

Jeszcze sporo czasu może minąć, nim zmienimy karty historii.

+++

Wywiad na stronie Menstream.pl

Opublikowane 2014/02/01

http://niezlomni.com/tego-filmu-dokumentalnego-nie-chce-pokazac-zadna-telewizja-slady-zbrodni-wolynskiej-ktore-odbieraja-mowe-

ZOBACZ:

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii ANTYPOLONIZM, HISTORIA POLSKI, HISTORIA WSPÓLCZESNA, III RP, Miejsca Męczeństwa Polaków, NAZIZM, PiS - Prawo i Sprawiedliwość, PO, POLITYKA, POlska w likwidacji, Roszczenia ukraińskie, SS Galizien, Ukraina, UPA-OUN, Wołyń, Zbrodnie ukraińskie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.