Czy Polacy zasługują na niepodległość?

3cbe550e96d6044234d627424219e2c9Fot. msz.gov.pl

Będziemy „first to fight”,  — będziemy wyspą Prawdy i Dobra w otaczającym nas oceanie zła tak długo,

—  jak historia i polityka nie upomną się o swoje – a więc póki nie przypomną nam,   —  że nie zachowuje niepodległości ten, kto lekkomyślnie szafuje własną krwią w obronie innych, a dopiero potem swojej własnej.

Ten, kto zwycięża jedynie moralnie, rzucając się w środek ogniska, aby podtrzymać ogrzewający innych płomień.

Historia Polski potoczyła się tak, że w sierpniu świętujemy dwie bardzo istotne rocznice, z których obydwie zaważyły w znacznym stopniu na współczesnym obliczu naszego kraju. 

— Miesiąc   ten  powinien być pouczający dla Polaków bardziej, niż jakikolwiek inny.   — Pomimo to,   zachowujemy się tak, jakby dobre samopoczucie gwarantowało niezawisły byt państwowy.

I tak, na 15 sierpnia, w rocznicę Bitwy Warszawskiej, słyszymy słuszne przecież tezy,   — że krew przelana w wojnie polsko-bolszewickiej zaowocowała niepodległą Polską, że nie poszła na marne i tym podobne.

Można odnieść jednak wrażenie, że są to echa dokładnie tych samych przemówień, które czołowi przedstawiciele sanacyjnej grupy rekonstrukcyjnej (sanacja 2.0) wygłaszają dwa tygodnie wcześniej.

Także   przy   okazji  rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego słyszymy, —  że bez tego zrywu nie byłoby niepodległości Polski, że z przelanej krwi wyrosła wolna Ojczyzna.

Tymczasem, te dwa wydarzenia łączy tylko i wyłącznie najwyższej próby heroizm przejawiony na polu walki.

Z przemówień dygnitarzy państwowych neo-sanacji wynika,   — że nieistotne jest właściwie, czy się wojnę wygrywa, czy przegrywa.  

— Prędzej czy później z przelanej krwi rodzi się taka czy inna Polska, z orłem w koronie i z urzędowo certyfikowanym patriotyzmem.

Prawda jest jednakowoż tak do bólu prosta, że aż żal bierze, iż trzeba ją przypominać.

Powstanie Warszawskie nie przyniosło wolnej Polski, — skutkiem jego wszczęcia nie było odzyskanie niepodległości,   — a strata najlepszej młodzieży i doszczętne zburzenie własnej stolicy, która bez wątpienia ułatwiła stalinizację społeczeństwa polskiego po wojnie.

A przecież pokolenie to mogło przynajmniej częściowo dożyć odwilży po śmierci Stalina,  —  reżim by złagodniał,   — ludzie ci mogliby mieć dzieci, a ich dzieci własne potomstwo.

Kod kulturowy najlepszych Polaków miałby kto przenosić z pokolenia na pokolenie.

— Z tej przelanej krwi niestety nie wynikło nic dobrego.

I kto wie, jakby dziś wyglądała Polska, gdyby etos pokolenia Kolumbów przetrwał przynajmniej cząstkowo do dziś.

Co niektórzy wręcz zabraniają „podnoszenia ręki” na Powstanie Warszawskie,   — traktując polskość nieomal jak surogat religii.

Mamy więc zarówno święte dogmaty których nie wolno podważać, mamy też przelaną krew i śmierć, przez którą przychodzi zwycięstwo, mamy język aksjomatów.

W Powstaniu Warszawskim może i przegraliśmy militarnie  —  mówią ci ludzie —  ale potwierdziliśmy moralne prawo do posiadania niepodległego państwa.

I jeśli już ktoś jednak ośmieli się głośno i jednoznacznie postawić tezę o przegranej w 1944 roku mającej równie jednoznaczny wymiar,  

— to i tak na pocieszenie dowiadujemy się, że przynajmniej Europa została uratowana przed komunizmem.

W przypadku zwycięskiej Bitwy Warszawskiej odzyskanie, obrona i utrzymanie niepodległości też nie wystarczają.

Ileż to razy słuchaliśmy, że obroniliśmy wówczas przed komunizmem Europę i Polskę – dokładnie w takiej kolejności.

Zupełnie tak,   —  jakby   zabieganie   o   własny   kraj  było niezbyt doniosłe, nie   odpowiadało   wyobrażeniom  o Polsce jako obiekcie kultu, o Polsce, która zawsze ma się za kogoś poświęcać i ryzykować dla innych własne istnienie.

To właśnie tego typu pedagogika narodowa, podszyta patriotycznymi frazesami, sprawia,  —  iż w Polsce na podatny grunt padają wciąż wezwania do odgrywania roli „flanki”, „przedmurza” i tym podobnych.

Nawet,  jeśli odnosimy zwycięstwa,   — to odnoszenie ich wyłącznie dla własnej korzyści to za mało.

— Jeśli przegrywamy – to przynajmniej obroniliśmy innych.

A przecież nijak nie da się wykazać, że celem wybuchu Powstania Warszawskiego było uchronienie Niemiec przed komunizmem.

Wątpliwe też, by obrona Europy przed komunizmem motywowała polskiego żołnierza w roku 1920,   —  tym   bardziej,   że Europa ta utrudniała na wszelkie sposoby naszą walkę z bolszewizmem.

Mimo tych wszystkich bolesnych nauczek — Polska nadal prowadzi się tak, jakby chciała uwiarygodnić swoje prawo do niepodległości, którego ekwiwalentem ma być wdzięczność – a jakże – Zachodu.

Tego Zachodu, którego tak bardzo chcemy być przedmurzem, „wschodnią flanką”, którego chcemy być przedłużeniem i pasem transmisyjnym w najbliższym otoczeniu.

Tego Zachodu, który w XX wieku zniknięcie niepodległej Polski przyjął bez zmrużenia okiem,   —  przehandlowując wykrwawiający się przez 6 lat na rzecz jego interesów kraj i to państwu,   — przed którym Polska rzeczywiście obroniła Europę dwadzieścia parę lat wcześniej.

Tych rzeczy jednak od naszych „państwowców” z neo-sanacji się nie dowiemy.

Nie powie nam o tym żywcem wyjęty z epoki międzywojnia minister obrony narodowej, — który przemawia tak,  —  jakby był nieomal drugim Rydzem-Śmigłym.

Podobnych wątpliwości nie wyraża prezydent RP, będący wierną kopią jednego ze swoich poprzedników, a zarazem osobistego mentora.

Ten ostatni z kolei miał przeglądać się w portrecie marszałka Piłsudskiego jak w lustrze,   — co nie wróży dobrze naszej polityce także i dziś.

Kult wodza, który pokieruje narodem ku jego świetlanej przyszłości – nieważne,  czy jest to „świętej pamięci profesor prezydent” czy jakiś inny „nasz drogi wódz” – może i ma pewne zdolności mobilizacyjne,

— ale nie rozwiązuje problemu podstawowego,   — a mianowicie: — co będzie, gdy tego czy innego komendanta zabraknie.

Co stanie się, gdy zdamy sobie sprawę, że komendant-prezes nie wykształcił żadnej szkoły myślenia, że ostał się po nim jeno patriotyczny frazes i przyboczny chór potakiwaczy.

A wreszcie – co stanie się, gdy kolejne wcielenie marszałka-komendanta-prezesa się jednak pomyli, a w jego otoczeniu nikt nie zaryzykuje podważeniem ostatecznego werdyktu najwyższej instancji.

Błędne decyzje polityczne czy militarne można sobie rekompensować w nieskończoność.

Najwyraźniej Polska nie jest tak ważna, a zabieganie o interes własnej Ojczyzny –   którą   tworzy   przede wszystkim naród – nie  jest dość doniosłym zadaniem.

W związku z tym   — będziemy bronić Europy, będziemy „first to fight”,

— będziemy   wyspą   Prawdy  i Dobra w otaczającym nas oceanie zła tak długo, — jak historia i polityka nie upomną się o swoje – a więc póki nie przypomną nam, — że nie zachowuje niepodległości ten, kto lekkomyślnie szafuje własną krwią w obronie innych, a dopiero potem swojej własnej.

Ten, kto zwycięża jedynie moralnie, rzucając się w środek ogniska, aby podtrzymać ogrzewający innych płomień.

Coraz bardziej gęstniejąca sytuacja międzynarodowa jest tym groźniejsza,

— że obecnie władcy Rzeczypospolitej rekrutują się w dużej mierze albo z tonących w uniesieniach patriotycznych pięknoduchów, albo współczesnych wcieleń Nikodema Dyzmy.

Jednocześnie oprawa estetyczna świąt państwowych i patriotyczna frazeologia — tak odmienna od ustępującej ekipy trampkarzy — utrudnia uciekanie się w tym wszystkim do rozumu.

Zachowując oryginalną terminologię znanej metafory – rządy Platformy robiły   z   nas   gówno,   podczas   gdy   rządy   PiS-u   zrobią   z   nas bohaterów.

Jeśli dobrze pójdzie,   — to znowu będziemy ginąć za Europę, za jej flanki, przedmurza i tak dalej.

A wreszcie skorzystamy na tym sami – po takiej porcji przelanej krwi inna Polska, niż prawdziwie niepodległa, nie ma prawa się odrodzić.

Bo przecież krew przelana za ojczyznę nigdy nie idzie na marne.

***

Marcin Skalski

Piątek, 19 sierpnia 2016

Za; http://www.kresy.pl/publicystyka,opinie?zobacz/czy-polacy-zasluguja-na-niepodleglosc

Ten wpis został opublikowany w kategorii ANTYPOLONIZM, Bitwa Warszawska, HISTORIA POLSKI, III RP, JUDAIZACJA POLSKI, PiS - Prawo i Sprawiedliwość, PO, POLITYKA, POlska w likwidacji, Powstanie Warszawskie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.