Jak odzyskiwacze kamienic szkodzą Warszawie – Stop Reprywatyzacji

Stop-Reprywatyzacji-580x263Stop Reprywatyzacji

Jednym z powszechnych mitów jest jakoby reprywatyzacja budynków w Warszawie była dziejową sprawiedliwością, oddawaniem tego, co bezprawnie odebrano tak zwanym „prawowitym właścicielom”. — Gdy przyjrzymy się procederowi odzyskiwania kamienic zobaczymy, że ze sprawiedliwością nie ma on nic wspólnego.

„Prawowici właściciele”

Zobaczmy kto korzysta na reprywatyzacji. — Dekret Bieruta dotyczący nacjonalizacji gruntów w granicach przedwojennej Warszawy został wydany w roku 1945.  — Znaczna część przedwojennych właścicieli kamienic zginęła w czasie wojny, zaginęła, lub zmarła.  — Poza pojedynczymi przypadkami można jedynie mówić o spadkobiercach dawnych właścicieli przedstawiających dokumenty, które rzekomo uprawniają ich do wysuwania roszczeń reprywatyzacyjnych.

Handel roszczeniami.

Odbywa się też handel roszczeniami.  — Od roku 2006 działają wyspecjalizowane grupy odzyskiwaczy kamienic, zajmujące się uzyskiwaniem od miasta budynków. — Znajdują one dawnych właścicieli lub ich spadkobierców, za grosze skupując od nich roszczenia.

— W jednym z przypadków budynku przy ul. Hożej  — roszczenia zostały kupione przez znanego warszawskiego kamienicznika Marka Mossakowskiego za 50 złotych.

Powstały nawet rzekomo „społeczne” organizacje parające się tym biznesem, — takie jak stowarzyszenie „Poszkodowani”, którego prezesem jest wspomniany Mossakowski, a jednym z wiceprezesów jego matka.

— Kolejnym przykładem jest Stowarzyszenie Centrum Reprywatyzacji Przyjazna Warszawa — utworzone oficjalnie w celu pomocy dawnym właścicielom, a prowadzone przez prawników działających w branży nieruchomości.

Według danych przedstawionych przez dyrektora warszawskiego Biura Polityki Lokalowej, Marcina Bajko  — podczas dyskusji o reprywatyzacji toczącej się na sesji Rady Warszawy,  — w różnych latach do 15% wniosków reprywatyzacyjnych, były to wnioski skupione w wyniku handlu roszczeniami.

—  Statystyka ta nie uwzględnia jednak fikcyjnego odzyskiwania budynków przez „właścicieli”, którzy tuż po zakończeniu procedury reprywatyzacyjnej sprzedają budynki „odzyskiwaczom”.

„Sprawiedliwość dziejowa” jest więc po prostu okazją do zarobienia ogromnych pieniędzy przez dobrze usytuowaną grupę, mającą wpływy i możliwości „załatwiania” zwrotów.

— Nawet odliczając wydatki na prowadzenie postępowań i spłacenie dawnych właścicieli lub spadkobierców, — gdy jest już po wszystkim, — uzyskuje ona niemal za darmo budynki niekiedy o ogromnej wartości.

Sprawiedliwość?

Dawni właściciele zainwestowali.  — Odebrano im ich mienie, a własność jest przecież święta!  –  powie ktoś.

Oto kolejny mit — powtarzany bezwiednie przez ludzi nie wiedzących czym jest reprywatyzacja,  — lub cynicznie przez tych, którzy wiedzą o co chodzi.

Zacznijmy od inwestowania.  — Przedwojenne inwestycje w kamienice czynszowe opierały się przede wszystkim na braniu kredytów na budowę.

Kamieniczników wspierał przede wszystkim Bank Gospodarstwa Krajowego, bardzo intensywnie działający na tym polu w latach 30.

Do roku 1939 ogromna większość tych kredytów nie została spłacona.

— Jeśli mówimy więc o sprawiedliwości, to byłoby nią co najwyżej oddanie budynków bankowi. 

Dziś ze względu na zawirowania, denominacje pieniądza i odejście od parytetu złota te hipoteki,  to w rzeczywistości co najwyżej kilka złotych.

— Czy sprawiedliwe jest odzyskiwanie w roku 2014 budynku, który w 1939 roku należał de facto do banku, w stanie nieobciążonym żadnymi zobowiązaniami kredytowymi?

Mitologia „dziejowej sprawiedliwości” nie uwzględnia też innego ważnego czynnika – II Wojny Światowej.

W jej toku Warszawa straciła ponad 80% tkanki mieszkaniowej.

— Na terenach Getta Warszawskiego zniszczenia były niemal stuprocentowe.

Nawet w dzielnicach zniszczonych w mniejszym stopniu, po praskiej stronie Wisły, brak konserwacji budynków, czy opuszczenie wielu z nich przez mieszkańców, spowodowały ogromną degradację ich stanu.

— Kamienicznicy, a raczej „odzyskiwacze” budynków, —  gdyby rzeczywiście żądali sprawiedliwości, —  zadowoliliby się budynkami w takim stanie w jakim zostały odebrane w roku 1945.

Twierdzenia,  jakoby dekret Bieruta pozbawił właścicieli na przykład zysków z wynajmu,  —  jest po prostu śmieszne, ponieważ zysk z wynajmu kupy gruzów byłby zerowy.

Wyciągają rękę po cudze

Korzystający z reprywatyzacji najczęściej prezentują roszczeniową postawę, wyciągając rękę po cudzą własność.

— Warto abyśmy uświadomili sobie, że nie jest to żaden sprawiedliwy zwrot, tylko grabież miejskiego mienia.

Po roku 1945 odbudowa Warszawy była finansowana ze składek całego społeczeństwa. — Wykorzystywano też materiały z tak zwanych „Ziem odzyskanych”.  — Do odbudowy wykorzystano na przykład kilkaset wagonów cegieł z rozebranego dworca wrocławskiego.

Dawni właściciele, a raczej ich spadkobiercy, twierdzą, że to często kamienicznicy sami odbudowywali swoje domy. — Nie jest to prawdą.

—  Takie przypadki były jednostkowe z prostego powodu – kamienicznik po prostu nie mógł sobie pozwolić,  aby tuż po zakończeniu działań wojennych wyłożyć znaczne fundusze,  aby niemal od podstaw nie tyle odbudować, co wybudować dom.

Odbudowa była prowadzona przede wszystkim przez Warszawiaków wracających do miasta, w tych miejscach, które najłatwiej było dostosować do zamieszkania. — Nikt nie patrzył na kwestie własności w sytuacji, gdy stawką było przeżycie zimy.

— Mieszkańcy wprowadzali się do kamienic na dziko, na własny koszt w grupach prowadząc pierwsze prace. — Często w zamian dostawali później najem tych lokali,  — tak jak to było w przypadku ojca zamordowanej działaczki lokatorskiej Jolanty Brzeskiej i budynku przy ul. Nabielaka 9.

Mit „własności” kamieniczników obala także fakt, — iż  wiele obecnie istniejących budynków, —  to po prostu domy całkowicie inne niż te z 1939.

— Stoją na zmienionych działkach, mają inną liczbę kondygnacji, zostały wyposażone w dodatkowe instalacje itp.

Zdarzają się więc przypadki, że w miejsce przedwojennej rudery „prawowity właściciel” odzyskuje pełnowartościowy budynek.

Pojawia się też pytanie – skoro chodzi o „sprawiedliwość” — czy sprawiedliwe nie byłoby,  aby nowi właściciele wyrównali różnicę między wartością kupy gruzu z roku 1945, a budynku z roku 2014?

Remonty, przebudowy, utrzymywanie stanu technicznego zasobu – to wszystko było finansowane przez wiele lat z budżetu miasta, czyli przez podatników.

Czemu teraz kamienicznik bezkarnie wyciąga ręce po pieniądze podatnika?

Prywatne jest lepsze?

Inny mit reprywatyzacji to twierdzenie, że własność prywatna jest lepsza od miejskiej.

Nowi właściciele mieliby więc dbać o odzyskane budynki —  i jak powiedział jeden z nich – Marek Mossakowski  — „przywracać Warszawie dawny blask”.

Wystarczy przejść się ulicami starego centrum aby zobaczyć, że jest zupełnie inaczej.  — Wiele zreprywatyzowanych kamienic latami stoi pustych i niszczeje.

Dzieje się tak, ponieważ właściciele uważają czasami,  iż grunt pod nimi, do którego uzyskują prawo wieczystego użytkowania,  jest wart więcej niż same budynki.

Zdarzały się już przypadki celowego wyburzania zabytków, lub doprowadzania ich celowo do ruiny właśnie po to aby spekulować gruntem.

Niszczejące budynki nie są wyłącznie sprawą ich właścicieli. — Wpływają na niszczenie całej tkanki miejskiej, degradację otoczenia i stwarzają zagrożenie również dla mieszkańców sąsiednich kamienic.

Paraliż miasta

„Przywracanie dawnego blasku” — widać również na przykładzie wpływu reprywatyzacji na miejskie inwestycje, infrastrukturę, edukację i inne dziedziny.

Po pierwsze ogromna liczba roszczeń nie pozwala samorządom na inwestowanie w remonty czy unowocześnianie budynków komunalnych, do których zgłoszone zostały roszczenia.

—  Między innymi dlatego stan zasobu komunalnego ulega szybkiej degradacji. — Pustostany w takich kamienicach nie mogą być zasiedlone nowymi lokatorami. — Miasto traci w ten sposób tysiące lokali, które mogłyby posłużyć osobom potrzebującym wsparcia mieszkaniowego.

Paraliż nie ogranicza się do sfery mieszkaniowej. —  Okazuje się, że na liście nieruchomości objętych roszczeniami jest blisko setka szkół i przedszkoli.

— Zdarzają się przypadki takie jak przedszkola przy ul. Podchorążych, — gdy placówki oświatowe są likwidowane, a budynki stoją puste i niszczeją, ponieważ są objęte roszczeniami.

Jedynie miejscowe plany zagospodarowania mogłyby ochronić te placówki, — ale również nie do końca, — ponieważ „prawowici właściciele” mogliby je odzyskać i zamienić na przykład w ekskluzywne szkoły dla elity.

Dzika reprywatyzacja to również zagrożenie dla innych miejskich inwestycji, ponieważ prywatni właściciele starają się odzyskiwać działki w strategicznych punktach Warszawy.

— Miasto musiało płacić miliony złotych z kieszeni podatników, —  aby skupić od takich „prawowitych właścicieli” działki pod budowę Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Reprywatyzacja nie ma nic wspólnego ze „sprawiedliwością”. — Jest szkodliwym procederem, który już dawno mógł być powstrzymany przez uchwalenie odpowiedniej ustawy o ustaniu roszczeń i wypłacie częściowych odszkodowań.

Na poziomie miasta mógłby być z kolei ograniczony dzięki domaganiu się zwrotu przez nowych właścicieli kosztów utrzymania budynków.

Proceder odzyskiwaczy kamienic musi być powstrzymany,  jeśli nie chcemy Warszawy, w której nie ma dostępnych mieszkań, szkół, przedszkoli, domów kultury i podstawowej infrastruktury służącej zwykłym mieszkańcom.

Piotr Ciszewski
http://polskaspoleczna.pl

Problem „odzyskiwaczy” nieruchomości nie dotyczy tylko Warszawy, ale i np. Krakowa. Czy musimy łopatologicznie wyjaśniać, jaka to nacja całkowicie opanowała ten rynek?

Autor zresztą pominął ważny aspekt tej działalności: — bezczelne oszustwa, jak np. prymitywne fałszowanie testamentów czy aktów własności, którego Sądy udają, że nie widzą.Admin

Za; https://marucha.wordpress.com/2015/01/11/jak-odzyskiwacze-kamienic-szkodza-warszawie/
Ten wpis został opublikowany w kategorii ANTYPOLONIZM, Bieda, Eksmisje, III RP, JUDAIZACJA POLSKI, POlska w likwidacji, PRAWO, SPOŁECZNO-POLITYCZNE, ŁAMANIE PRAWA. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.