Eksmisje polskich rodzin przy okrzykach: “wynocha polskie, brudne świnie !!!”

W 2012 r. Urząd m.st. Warszawy wydał decyzję o zwrocie prywatnym  właści-cielom ponad 30 kamienic. Wykonano 453 eksmisje. Do wykonania wciąż po- zostało 1157.

Do takich sytuacji społeczeństwo już przywykło, ale eksmisje zostaŁy ostatnio wzbogacone o szykanę dodatkową.

Kto na to pozwala i rozzuchwala “nowych właścicieli”?

Otóż,  jak wyżej krótko a niżej szczegółowo opisano,  eksmisje  są  realizowane planowo według harmonogramu: eksmisja wykonywana jest zawsze  w obecno ści komornika i asyście policji i straży miejskiej,  czyli  przedstawicieli prawa, którzy powinni zapewnić “egzekwowanie prawa zgodnie z przepisami”.

Ostatnie  spektakularne  eksmisje  w  których  uczestniczył  również   dzienni- karz, odbywają się w atmosferze poniżenia i szykan.

Podczas eksmisji na warszawskiej Pradze wśród mundurowych  i  urzędników pojawiają się osoby  –  bliżej  ni e zidentyfikowane  –  przedstawiciele  nowych właścicieli (??),  którzy w czasie czynności wyrzucania rodzin wznoszą okrzy- ki:

Precz polskie świnie, wynocha!  Brudne Polaczki!

Co ciekawe – w stosunku do tych osób przedstawiciele prawa nie interweniu- ją. Kim zatem są owe osoby?  Kto wprowadził,  najwidoczniej legalne szykany do procedury eksmisyjnej? Dlaczego przedstawiciele mediów nie opisali tych zajść?

Czy to już jawna i otwarta wojna?

Kamienice pustoszeją. Przejmowane, wyburzane. W niektórych ostatni loka torzy  –  w trakcie wyprowadzki,  w oczekiwaniu   na eksmisję,  w długach.

Walizki.  Jan  pakuje  walizki.  Na  dół wózka kładzie tę największą, skórzaną. Na górę i do środka kilka mniejszych. Układa je piętrowo, jak matrioszki. Wó- zek jest zwykły, jak na zakupy, tylko kółka dorobił mocniejsze,  żeby nie padły po drodze.  Gdy za minutę piąta wsiądzie do tramwaju, szarpnie lekko do  gó- ry, kółka wejdą i już będzie w środku.

To  jeszcze  nie wyprowadzka. Mieszkanie socjalne ciągle w remoncie. Jeszcze z  miesiąc  przyjdzie  poczekać.  Na  razie  Jan jeździ na Koło, warszawski targ staroci. 15 m płotu obwiesza różnymi rzeczami. To jego stoisko. Kiedyś sprze- dawał tylko skarby znalezione na śmietnikach, przyniesione przez kolegów.

Ostatnio  wyprzedaje  to,  co  zbędne,  co nie zmieści się w nowym mieszkaniu. Najchętniej sprzedałby wszystko i zostawił tych parę rzeczy,  do których  jesz- cze jest sentyment. Poduszeczkę na igły, którą córka Agnieszka uszyła w  dru- giej klasie, ponadstuletni zegar,  co ma duszę  i  pozwala się  nakręcić  jedynie jego ręką. Sprzedałby wszystko i dalej robił to samo. Tylko od początku.

Co weekend, o świcie, Jan wychodzi z wózkiem z kamienicy przy ul. Sierakow-skiego na warszawskiej Pradze.  Drewnianymi  drzwiami  od podwórka – tylko tędy jeszcze można.  Za sobą zostawia okna zabite dechami, zamurowane wej- ścia,  drewniane  daszki,  omszałe,  chroniące  od spadającego tynku. Wszyscy myślą, że to pustostan, a przecież tam w środku jeszcze Jan z rodziną. Z dużą rodziną.

Klatka. Jan ma 54 lata. Tyle samo ma żona Jadwiga. Pięcioro dzieci, pięcioro wnuków. Najstarsi poszli już na swoje. Córka Agnieszka pracuje dorywczo  ja- ko fryzjerka. Syn Marcin przy rozbiórce domów.  Czasem  mieszka  tu siedem, czasem osiem osób.

Jadwiga  od  początku.  Warszawianka  od trzech  pokoleń.  Prażanka.  Tu, na tych  54 m,  się wychowała.  Rodzice  dostali mieszkanie w latach 50. W czynie społecznym odbudowywali Warszawę.

Kamienica  zabytkowa,  z 1863 r.,  kiedyś  Gimnazjum Praskie, w którym uczył się Janusz Korczak.  Jeszcze  za młodości  Jadwigi była brama główna wjazdo- wa,  na pierwszym piętrze w głębi aula,  w oknach, zamiast zwykłych zamków, syrenki.  Do niedawna nawet szkolny dzwonek wisiał na frontowej ścianie. Te- raz wisi już tylko na zdjęciu w Internecie.

Gdy w latach 80. sprowadził się tu Jan,  wszystko sami remontowali.  Raz  sie- dzą przy niedzielnym obiedzie, patrzą, a tu sufit leci. Teść ledwo  zdążył  zła- pać za stół i odsunąć. Jan podparł potem sufit belkami, drewnem wyłożył.

Mieszkanie w drewnie jest cieplejsze. Dobudowali łazienkę, wymieniali rury. Jan wymyślił pawlacze i antresole z łóżkami pod sufitem. W sam raz, jak cór ki zaczęły rodzić wnuki.

Że kamienica od dawna jest przeznaczona do rozbiórki, dowiedzieli się przy- padkiem, gdy starali się o wykup mieszkania. Nic z tego, usłyszeli,  ale dosta-niecie w zamian inne. Potem była cisza.

Wreszcie usłyszeli, że w miejscu, gdzie mieszkają,  stanie obiekt konferencyj- no-hotelowy i że czynsz płacą już komu innemu.

Spółce Elektrim, która w 1999 r. została właścicielem terenu wokół Portu Praskiego w zamian za sfinansowanie budowy mostu Świętokrzyskiego.

Za  ich oknami  rosły powoli przyszłe apartamentowce  i  bulwary.  Czynsz  też rósł,  z 2  do  12 zł. Sąsiedzi się powynosili. W końcu zostali tylko oni. I jeszcze tacy jedni na górze, ale z nimi dogadać się nie można.

Dla Jana z rodziną zaczęły się problemy.  Teraz Jan wie,  że nie tylko dla nich. Ludzi – mówi – jak króliki w klatkach, razem z domami oddają.

Schody. Na Hożej 7 w Śródmieściu dopiero niedawno się dowiedzieli.

W kwietniu przyszło pismo z administracji, że odnalazł się spadkobierca daw nego właściciela, kamienica została przekazana,  a pełnomocnik zawiadamia o trzykrotnej podwyżce czynszu.

Skąd ten spadkobierca,  zastanawia  się  pani Danusia.  Przecież pamięta, jak po wojnie zaglądał tu jeszcze dawny właściciel z Milanówka.  Nie miał ani  żony, ani dzieci.

Z tych nerwów  i  zastanawiania się  pani Danusia schudła do 37 kilo.  82  lata, najstarsza lokatorka w kamienicy. W makijażu, klipsach i jedwabnym szlafro ku. Mówi, że na wygląd trzeba sobie zapracować.

Pani Danusia na swój pracowała całe życie.

Do 1940 r. z rodzicami mieszkali na Grzybowskiej, ale potem stanął  mur  get- ta, należało zamieniać mieszkania. Tutejsza rodzina poszła tam, a oni na ich miejsce.

70 lat minęło, wyrabiała wtyczki do samolotów w fabryce  w  Niemczech,  uro- dziła dziecko, pochowała dwóch mężów, modliła się w bramie pod aniołkiem, którego potem ktoś gwizdnął, i w końcu została sama na 30 m. Czasem  córka ją odwiedza, ale pani Danusia jest samodzielna,  nie  chce niczyjej pomocy.  I za nic nie chce się stąd wyprowadzać.

Schodzi teraz ostrożnie po drewnianych schodach, którymi jako dziecko zbie gała, wysyłana przez mamę,  żeby zanieść gospodarzowi komorne.  Teraz  też, mimo,  że emerytura niewielka,  pani  Danusia będzie płacić.  W sumie  600 zł podwyższonego czynszu plus za ciepłą wodę  i  ogrzewanie drugie tyle.  Gdyby nie płaciła, nie mogłaby rano spojrzeć w lustro.

Sąsiadki, pani Ewa i Hania, kiwają tylko głowami. To już nie z tej epoki, pani Danusiu. Pewnie nas wyrzucą w końcu, ale my płacić więcej nie będziemy.

Umowy. Płacić więcej, za co? Przecież budynek w złym stanie był, w złym jest i teraz. 

Tynki, samodzielnie przez panią Hanię kładzione, odpadają od grzyba w ścia nie,  trzeszczą  spróchniałe  deski  pod wykładziną w korytarzu, ciepło ucieka nawet przez wełniany koc, zawieszony w przedsionku u pani Ewy.

Pani Hania i Ewa wiedzą, że ten ich czynsz to i tak jeszcze nie najgorszy.

U  sąsiadki  z  Wilczej właściciel pojawił się trzy lata temu, czynszu zaśpiewał 3,5 tys.,  sprawa  o  zadłużenie ciągnie się w sądzie. Po cichu sąsiadka mówiła, że jak komornik zapuka, to ona będzie skakać z okna.  Więc nie najgorszy ten ich  czynsz,  ale  z  drugiej strony,  miały umowy z miastem i tak po prostu ich przekazali?

Pani Ewa – na emeryturze, kiedyś pracowała w banku,  mieszkanie  na  Hożej zajęła po cioci, warszawskiej gorseciarce, która wynajęła je jeszcze przed woj- ną.

Pani Hania  –  plastyczka  po ASP  w  Warszawie, zaraz po studiach, w 1994 r. wynajęła  dawny  zakład  dziewiarski  w  podwórku, po dwóch latach remontu urządziła sobie pracownię z aneksem mieszkalnym.  O  prawie lokalowym nie miały wcześniej pojęcia.

Gdy przychodziły pierwsze pisma, słowo po słowie sprawdzały w  Interne- cie. W segregatory wkładały wszystko – tu podania, tu odpowiedzi, tu uch wały, tu zdjęcia.

Jakoś tak się złożyło,  że  w  kamienicy one dwie głównie starają się czegoś do- wiedzieć. Inni się boją, zamknęli się po domach. A niektórzy już zaczęli się wy nosić.

Jako pierwsza, rodzina z dziećmi do domku na działce w Zalesiu. Potem mło- dy adwokat z żoną  –  pewnie mieli,  żeby wynająć albo kupić coś innego.

Pani Hania w sumie też pierwsze, co zrobiła, to poszła do banku zapytać o kre dyt.  Ale  w jednym miejscu ma umowę śmieciową,  w drugim ćwierć etatu i od czasu do czasu zlecenia. Który bank da takiej kredyt?

A  pani Ewa  się dowiedziała,  że podobno przysługuje jej limit  dochodu  2800 zł, żeby dostać mieszkanie socjalne. Jako samotna emerytka łapałaby się. Ale to dopiero, jak nazbiera trzy pełne czynsze długu. Wtedy wymówią jej umowę najmu i sprawa pójdzie do sądu. Ten stary czynsz na razie jednak płaci. Może parę miesięcy jeszcze przetrzyma.

Ostatnio z ciekawości poszła na eksmisję. Tę głośną, po sąsiedzku, przy Hożej 1.

Eksmisja. Na eksmisję lokatorki z kamienicy przy  Hożej 1  pani Ewa  przybyła dość późno, około 10.

Byli tam już dziennikarze wszystkich mediów,  grupy anarchistów,  squat-tersów i ich bliżej nieokreśleni sympatycy, działacze stowarzyszeń obrony lokatorów  z  megafonami, politycy obiecujący pomoc, trąbiące w korkach samochody, osiem radiowozów policji i jeden straży pożarnej.

Elegancki pan w garniturze mijał eksmisję w  drodze  do  kościoła,  przystanął przez solidarność. Urzędnik państwowy, też w takiej sytuacji. Mieszka  nieda- leko, w kamienicy na Kruczej.

Nie wie, skąd wzięli się właściciele. Od razu podnieśli czynsz o 400 proc. Wiele rodzin już się wyprowadziło, bo ich nie stać. On jeszcze jest, płaci połowę.

W tłumie zaplątał się też pan Teodor na rowerze. 80 lat, ale jeszcze w formie. Dlatego, że nie pije i nie pali, to nie ta droga do nieba. On już po eksmisji.

Na Wspólnej miał trzy pokoje z kuchnią.  Płacił 700 zł,  a chcieli 1200.  Co miał zrobić, że nie miał tyle. Dali inny lokal, na Poznańskiej.  Ale  to  nora, nie mieszkanie. Zimno czasem, aż ciarki przechodzą.  Boi  się,  że  ślepoty już całkiem od tego zimna dostanie.  Starych  drzew się nie przesadza,  bo uschną, zakrzyknął pan Teodor i odjechał.

Między  kordonami  policji  przemykała z bułkami w siatce pani Lipiecka. Ra- zem z mężem mieszkają piętro nad eksmitowaną. Płacą 2,5 tys. zł za 90 m.

Płacą, bo jeszcze mają pieniądze. No i wygrali w sądzie sprawę o unieważ nienie zadłużenia lokalu.  Ich na razie eksmisja nie czeka.  Chociaż  poli- cjant, który kierował akcją, powiedział, że wszyscy powinni się jej spodzie wać.

Jeszcze kilka lat temu było tu  14 lokatorów.  Teraz  zostało  czterech.  W  tym oni.

Do kamienicy przyszli na początku lat 90. Załatwili zamianę mieszkania. Trzy  lata to trwało.  Musieli  poczekać,  aż  najpierw  wyrzucą  lokatorkę, która bezprawnie zajmowała lokal przed nimi.

Opowieść państwa Lipieckich przerywa policjantka. Funkcjonariusze ani ad- ministrator nie mogą dotykać mebli podczas eksmisji, mówi.  Pan by  nie  po- mógł?

Pustostan. Żona Jana Jadwiga stoi nad parującym mięsem z cebulą.

Matko Chrystusowa. Tu się sprzątać nie chce, tu nic nie chce się już robić. Szafki kuchenne powoli zaczyna opróżniać do kartonów.  Zbrzydło  jej już to mieszkanie.

W ciągu 14 miesięcy mieli cztery pożary w piwnicy. Ostatni w październi- ku zeszłego roku. Pod belki kantówki ktoś wsunął kartony.  Gdy rano Jan wychodził na Koło, zobaczył dym. Zanim straż pożarna przyjechała, sam latał z wodą, gasił pożar. Innym razem w piwnicy stały butle gazowe wsa dzone w opony, obłożone śmieciami. Jan zrobił zdjęcie komórką.

Administrator tłumaczył,  że  to pewnie  bezdomni  urządzili  sobie grilla. Każdy z pożarów to jakby przez komin przeszli, i oni, i mieszkanie. Zresztą ich i tak jakby już nie było.

Niby kamienica grozi zawaleniem, a ciągle kręcą tu filmy. Najpierw „Ciacho”.

Jakaś aktorka stała na klatce, akurat była scena bójki. Całe szczęście,  że Jan trzymał nogą drzwi, bo tak walnęła, że by mu do sieni w walizki wpad ła. A wieczorem, na zachodniej ścianie, zrobili wybuch potężny.

Potem Jan nawet obejrzał „Ciacho”, ale nie zrozumiał, jakie to miało znacze- nie w filmie.

Była też ekipa od „Stawki większej niż śmierć”.

Na piętrze nad nimi jakieś szopki wyczyniali, walili, że sufit mało nie zle ciał. Ten, który Jan tak elegancko drewnem wyłożył. Córka wyszła, co wy robicie, my tu na dole mieszkamy.

No jak to, zdziwiła się ekipa, dostaliśmy pozwolenie, tu przecież jest pu- stostan.

Jan z rodziną miał dług wyliczony na 60 tys. zł. Za niepłacenie czynszu właści cielowi.

Ale sąd zasądził, że należy się tylko 10 tys. Co miesiąc z pensji syna komor nik ściąga 200 zł.

Tylko syn ma stałą pracę. Żona Jadwiga na jedną ósmą etatu, dorabia fucha- mi, sprzątaniem.  Do  opieki społecznej nie pójdzie, nie będzie się prosić, wy- stawać w kolejce.

Młodsze córki porodziły dzieci, szkoły nie udało się im skończyć. Zarejestro- wane w pośredniaku, ale stamtąd to nikt jeszcze pracy nie dostał.

Jan jeździ na Koło, ale przecież nie założy działalności. Nie miałby  nawet na regularne składki. Wcześniej było lepiej. Przez wiele lat prowadził ze wspólni kiem pawilon z elektroniką przy Pańskiej.  Najpierw  na ulicy, potem  w czter- dziestu wykupili stoiska i założyli mały bazar.

Ale w połowie lat 90. musieli się wynosić. Działka miała pójść pod aparta mentowce. Teren kupił Elektrim.

Księgi.

Pani Hania z Hożej co miesiąc, od kwietnia, ma ból żołądka, że nawet ketonal nie pomaga. Jakiś czas temu kupiła nowe deski na podłogę do sypialni i mate rac.

Deski ciągle leżą w paczkach, a materac między deskami.

Zrobi  i  na ile to wystarczy, jak jeszcze trochę i trzeba będzie się wynosić?  Za- miast tego znów zerka do Internetu. Weszła w księgi wieczyste.

Umowa przedwstępna sprzedaży ich kamienicy. Szybko poszło. Zaledwie kilka miesięcy. Od przekazania przeszli w zbycie.

Walizki.

Po weekendzie na Kole Jan przez cały poniedziałek jest nie do życia. Przysią- dzie na zrolowanej wykładzinie na korytarzu przed swoimi drzwiami. Zapali papierosa. Popatrzy w górę. Drewniane schody, słońce wpada przez zakrato- wane okno.  Popatrzy  w  lewo.  Pudła  stoją,  prawie  gotowe na wyprowadzkę. Popatrzy do sieni, w prawo. Po sufit walizki.

http://miziaforum.wordpress.com
17 styczeń 2013
Za; http://marucha.wordpress.com/2013/01/17/eksmisje-polskich-rodzin-przy-okrzykach-wynocha-polskie-brudne-swinie/
Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii ANTYPOLONIZM, Bieda, III RP, POLSKA, POlska w likwidacji, ŁAMANIE PRAWA. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.