Biografia niezwykła – abp-a Ignacego Tokarczuka

zdjecieIngres ks. bp. Ignacego Tokarczuka na katedrę biskupią w Przemyślu 6 lutego 1966 roku (FOT. ARCH. KS. ABP. I. TOKARCZUKA)

To nie był pierwszy cud w jego życiu. Nie dowiemy się, czy to władza straciła głowę, doznając klęski swych konfrontacyjnych obchodów Milenium Chrztu Polski, czy „żelazny premier” Józef Cyrankiewicz tak skutecznie zagubił gdzieś pismo Prymasa Stefana Wyszyńskiego informujące o wyznaczeniu ks. Ignacego Tokarczuka na biskupa przemyskiego. Dość, że minęły przepisowe trzy miesiące, a rząd PRL nie wniósł sprzeciwu wobec kandydata. Nominacja mogła bez przeszkód wejść w życie.

6 lutego 1966 r. w katedrze przemyskiej „zdecydowany przeciwnik komunizmu i człowiek kard. Wyszyńskiego”, jak funkcjonariusze frontu walki z Kościołem charakteryzowali ks. Ignacego Tokarczuka, przyjął z rąk Prymasa Polski sakrę biskupią.

– Powiedziałem sobie, że trzeba słuchać bardziej Boga niż ludzi. I tej zasady się trzymałem – mówił nowy pasterz.

Czas próby

Zaledwie 10 kilometrów dzieliło Przemyśl od granicy z Imperium Zła, ale i od ziemi rodzinnej ks. abp. Tokarczuka. Jako jeden z nielicznych polskich biskupów komunizm poznał teoretycznie i praktycznie, jeszcze zanim bezbożna ideologia została zainstalowana w Polsce na bagnetach Armii Czerwonej.

1 lutego 1918 r. w domu Szymona i Marii Tokarczuków panowała radość. Urodził się im kolejny, czwarty syn. Ale trzech poprzednich zmarło w dzieciństwie. Rodzice uczynili więc ślub: jeżeli Ignacy przeżyje, w podzięce ufundują figurę Matki Bożej. Wystawili ją w 1928 r., gdy chłopiec miał 10 lat.

Łubianki Wyższe leżą nieopodal słynnego Zbaraża, stamtąd blisko było do granicznego Zbrucza, a tam już rozciągał się inny świat – bolszewia. Ignacy z przejęciem patrzył na sowieckich sołdatów po drugiej stronie rzeki, na kołchozowe pola zagrabione gospodarzom. Mimo zasieków przedostawały się do Polski wiadomości o niszczeniu Kościoła, prześladowaniu Polaków, masowych zbrodniach i deportacjach na Wschód. Nasyłani agitatorzy sączyli swoją zatrutą propagandę antyreligijną i antypolską. Na Kresach charaktery w każdym pokoleniu przechodziły próbę ognia.

Rówieśnik II Rzeczypospolitej rósł razem z niepodległą Ojczyzną, wykorzystując szanse, jakie stwarzało własne państwo. Dla chłopca z rodziny średniozamożnego gospodarza droga w świat wiodła przez szkołę – uczył się zawsze doskonale – harcerstwo i Sodalicję Mariańską.

Wcześnie przyszło rozpoznanie powołania do służby Panu Bogu jako kapłan. „Żebyś tylko był dobrym księdzem, a nie byle jakim” – usłyszał od ojca. Że nie będzie letni, pokazał już w gimnazjum w Zbarażu, gdy odmówił udziału w widowisku, w którym zamierzano wyśmiewać św. Mikołaja. W 1937 r. wstąpił do seminarium duchownego we Lwowie, zostając jednocześnie studentem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Jana Kazimierza. Formację zdobywał u boku świątobliwych kapłanów Kościoła lwowskiego, m.in. ks. abp. Bolesława Twardowskiego, rektora seminarium ks. Stanisława Frankla – przyszłych męczenników II wojny światowej; o ich wpisanie do martyrologium będzie zabiegał do końca życia. Święcenia kapłańskie przyjął w katedrze lwowskiej 21 czerwca 1942 r. z rąk ks. bp. Eugeniusza Baziaka, po ukończeniu studiów w konspiracyjnym seminarium.

Podobnie jak większość Polaków na Kresach Południowo-Wschodnich ks. abp Ignacy Tokarczuk doświadczył totalitaryzmów XX wieku: komunistycznego, nazistowskiego i ideologii nacjonalizmu ukraińskiego Dmytry Doncowa. Ocalał, chociaż musiał się ukrywać przed Armią Czerwoną. Cudem uniknął aresztowania z rąk Niemców, a UPA wydała na niego wyrok śmierci. Z rąk Ukraińców zginęli za to najbliżsi młodego kapłana.

W listopadzie 1945 r., gdy cień Jałty podzielił Europę, został zmuszony do opuszczenia Lwowa i parafii św. Marii Magdaleny. Nigdy już nie odwiedził kraju lat dziecinnych, ale los Kościoła i Polaków na Kresach będzie zawsze przedmiotem jego najżywszej troski.

Śladem tzw. repatriantów podążył na Ziemie Zachodnie, gdzie osiedlali się Polacy wyzuci z ojcowizny. Pracował wśród nich jako wikariusz parafii pw. Chrystusa Króla w Katowicach. Tam szybko wzięli go na cel aktywiści partyjni – nie spodobały się im dynamizm, jednoznaczność ks. Tokarczuka. Taki będzie zawsze: otwarcie głoszący prawdę i bezkompromisowy w sprawach wiary i godności człowieka, bez żadnych światłocieni. Gdy chodziło o wolność religijną, nie oglądał się na łaskę państwa. Bez zgody urzędników zorganizował w 1958 r. pielgrzymkę studentów na Jasną Górę. Za „karę” nie dostał zgody na objęcie probostwa w Olsztynie.

Niech się ksiądz nie boi

Zaskakujące, jak Pan Bóg przygotowywał kapłana wygnańca do służby Kościołowi na najbardziej wysuniętym na wschód bastionie wiary. Najpierw był czas kładzenia fundamentów: studia z nauk społecznych i filozofii chrześcijańskiej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W konfrontacji z systemem marksistowskim, aspirującym do „naukowego światopoglądu”, trzeba było być uzbrojonym w solidną, wielodyscyplinarną wiedzę. Dlatego doktorat z filozofii, wykłady w Wyższym Seminarium Duchownym „Hosianum” w Olsztynie i praca akademicka na KUL. W proteście przeciwko wprowadzeniu komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej opuścił w 1952 r. katolicką uczelnię. Powrócił do zajęć wykładowcy 10 lat później. Pracę nad habilitacją przerwała nominacja biskupia.

W 1965 r. Polska katolicka żyła wielkim Milenium Chrztu. Wystarczy popatrzeć na zdjęcia: na każdej stacji uroczystych obchodów Prymasa Polski otacza morze ludzi. Partia i Gomułka ostentacyjnie świętują „tysiąclecie państwa polskiego’’, ale oficjalne galówki kończą się klapą. Naród w symboliczny sposób wypowiedział posłuszeństwo komunistycznej władzy.

13 grudnia ks. Tokarczuk odebrał telegram zapraszający go na rozmowę do sekretariatu Prymasa Polski. Dowiedział się, że Ojciec Święty Paweł VI mianował go biskupem przemyskim. – Propozycja była wielkim zaskoczeniem. Wyraziłem swoje obawy, czy w takiej sytuacji państwa, ówczesnych władz, Narodu, dam radę, w szczególności w takiej diecezji, jak przemyska, której nie znałem. Prymas odpowiedział: „Niech się ksiądz nie boi, nie będzie ksiądz sam” – opowiadał po latach. – Zaufałem Panu Bogu i powiedziałem sobie: cokolwiek będzie, nie będę się bał, bo chodzi o dobro Narodu. Nie bałem się, choć byłem już wystarczająco doświadczony i wiedziałem, że wiele rzeczy może mnie spotkać. Nie wykluczałem ani aresztowania, ani zabójstwa, ani innych przypadków – wyznawał. Był chyba jedynym biskupem w Polsce, który nie miał telefonu prywatnego. Nie czytał żadnych anonimów. – Partia zobaczyła, że nie ma do mnie dostępu – stwierdził.

Bez kompromisu

Już pierwsza wizyta, jaką nowy ordynariusz złożył lokalnym władzom, pokazała, że ks. abp Tokarczuk nie ulęknie się żadnych gróźb i szantaży. Na zarzuty o niewłaściwe akcenty w kazaniu ingresowym odpowiedział: – W sprawach prawdy wiary nie będzie żadnego kompromisu.

Gdy przyszła odmowa na budowę kościoła w Jaśle, zdecydował: „Więcej nie proszę. Na płaszczyźnie religijnej prawo Polski Ludowej jest bezprawiem ubranym w szaty prawa”. Zbudował bez zezwolenia władz 430 kościołów i kaplic, utworzył 220 nowych parafii. Wszystko dzięki gorliwym kapłanom i odważnym ludziom, którzy wiedzieli, że mają pełne oparcie w swoim biskupie. To zdumiewające dzieło zaczęło się od bardzo prostej rzeczy: wspólnej modlitwy księdza biskupa z parafianami przy przydrożnych kapliczkach. Tak przełamywał barierę strachu przed represjami. Ludzie zaczynali się prostować i upominać o należne prawa.

Władza odpowiedziała wściekłym atakiem. Usłużne sądy tylko w ciągu pierwszych pięciu lat skazały za nielegalną budowę kościołów 95 księży, nakładano dotkliwe kary finansowe. Pojawili się też „nieznani sprawcy”, którzy podpalali budowane obiekty. Spłonęło 10 kościołów i kaplic.

Niezliczone prowokacje, kłamstwa, nasyłanie agentury (w tym kierowanie esbeków do seminarium – dwa takie przypadki wykryto w Przemyślu, zostali wydaleni przed święceniami), nieustająca inwigilacja. Esbecja wykorzystała wszystkie metody ze swojego bogatego arsenału, by zniszczyć niezłomnego księdza biskupa, także dezinformując najwyższe koła w Watykanie. Naciski na dyplomatów Sekretariatu Stanu: ks. abp. Luigi Poggiego i ks. abp. Agostino Casarolego, prowadzących w latach 70. rozmowy z władzami PRL o „normalizacji stosunków”, miały doprowadzić do usunięcia ks. abp. Tokarczuka z urzędu rękami Kościoła.

Misternie snuta intryga się nie powiodła, przede wszystkim dzięki Prymasowi Wyszyńskiemu i postawie ordynariusza przemyskiego. Gdy watykańscy dyplomaci zażądali od ks. abp. Tokarczuka zmiany polityki, biskup przemyski oddał się do dyspozycji Pawła VI. – To był moment w moim duszpasterstwie czy moim biskupstwie najtrudniejszy, bo człowiek ma szacunek do Pana Boga, wie, kim jest Papież, wie, czym jest Kościół, ale z drugiej strony wie, czym jest prawda, czym jest sumienie, wie, czym jest znajomość rzeczy, sytuacji –wyznawał po latach. Machinacje komunistów unicestwił ostatecznie pontyfikat Jana Pawła II i zmiana wektorów polityki wschodniej Watykanu. Ksiądz arcybiskup Poggi po latach przeprosił ks. abp. Tokarczuka i przyznał mu rację. Jako jeden z nielicznych już w połowie lat 70. XX wieku ks. abp Tokarczuk przewidział, że system komunistyczny rychło się rozpadnie, a uciskane narody rozpoczną drogę do wolności.

Życie na podsłuchu

Aparatura podsłuchowa w Pałacu Biskupów w Przemyślu została założona przez SB jeszcze za rządów poprzednika ks. abp. Tokarczuka, ks. Franciszka Bardy, podczas instalowania centralnego ogrzewania. Wiadomo było, że na zewnątrz wypływają poufne informacje. Życie na podsłuchu przerwało odnalezienie podczas remontu tajemniczych przewodów oraz odkrycie ośmiu aparatów, w tym aż dwóch w gabinecie księdza biskupa. Na jednym, zagranicznej marki, białą farbą wypisana była sygnatura MSW. Urządzenia zostały zinwentaryzowane i sfotografowane.

O popełnionym przez władze przestępstwie ksiądz biskup poinformował w specjalnym komunikacie wiernych. Komuniści zareagowali obcesowo, nakazując biskupowi stawić się w prokuraturze. Odmówił. Wysłali skargę do Watykanu. W odpowiedzi ks. abp Tokarczuk posłał ks. Poggiemu jako corpus delicti jeden komplet aparatury podsłuchowej. Reszta dowodów bezprawia spoczęła w muzeum na Jasnej Górze.

Powrót katechezy

Na mapie oporu społecznego peryferyjny Przemyśl zajmował w dwóch ostatnich dekadach czołowe miejsce. Ksiądz arcybiskup wspierał raczkujące ruchy opozycyjne, niezależne inicjatywy i od początku wielki zryw ku niepodległości –„Solidarność”. W stanie wojennym szeroko otworzył podwoje kościołów dla ludzi represjonowanych przez reżim, wyrzucanych z pracy. Do ks. abp. Tokarczuka zwracał się o radę ks. Jerzy Popiełuszko. Błogosławił więc służbie ks. Jerzego, utwierdzał, że idzie dobrą drogą.

W 1989 r. został współprzewodniczącym Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu ze strony Kościoła i już na pierwszym posiedzeniu wysunął inicjatywę powrotu katechezy do szkół. Weto zgłosiła część strony rządowej, m.in. Jacek Kuroń, strasząc, że spowoduje to prześladowanie niewierzących. Ksiądz arcybiskup ripostował, że gdy Kuroń i Michnik przyjeżdżali do Przemyśla po pomoc, to nie czuli się jakoś dyskryminowani. Religia została przywrócona tylko dzięki zdecydowaniu niezłomnego księdza biskupa. Wyznawcy laickości państwa nie złożyli jednak broni. Jak wspominał ks. abp Tokarczuk, rok czy dwa potem do Przemyśla przyjechał Adam Michnik, przekonując, jakim złym posunięciem jest obecność katechezy. „Będziecie tego żałować” – relacjonował jego słowa ksiądz arcybiskup. Powrót religii do szkół uważał za jedno z największych osiągnięć Kościoła po 1989 roku.

Małgorzata Rutkowska

Za; http://naszdziennik.pl/wp/19578,biografia-niezwykla.html
Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii KOŚCIÓŁ KATOLICKI W POLSCE, WALKA Z WIARĄ KATOLICKĄ. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.